Czym jest wiara w naszym życiu?

wiara

Na przestrzeni przeżytych lat i doświadczeń i tych skrupulatnie przechowywanych, z trudnością chronionych  przed zapomnieniem i tych, które wyrzucam z pamięci  jak wyrzuca się wspomnienie  bólu.  W szaleństwie i pośpiechu umykających dni, w cieniu walki o każdy kolejny, żyje ona – Wiara. Dla jednych coś ważnego dla innych nic nie znaczący symbol przynależności do grupy, społeczności czy kultury.

Cóż to takiego?

Zawsze myślałam, że moja wiara jest duchowością i więzią z Bogiem.  Dziś jestem pewna, że  stanowi połączenie potrzeb duszy, więzi z siłą stwórczą  i zwykłości życia codziennego. Moja wiara jest więc duchowością umieszczoną w  śmiertelnym ciele, osadzoną w realiach dzisiejszego świata.  To ufność  w siłę doskonałą, do której mogę się zwrócić, to duchowy rodzić, który ma piecze nad moim życiem i światełko wskazujące drogę. Jeśli  nasze jestestwo składa się z ducha i codzienności to ojciec duchowy jest opiekunem środka, natomiast ojciec cielesny jest tym, który ma baczenie na  naszą zewnętrzność. Jakże fantastyczną jest sytuacja, kiedy obydwaj ojcowie troszczą się o swoje dziecko. Zachowana równowaga w bezpiecznym duchu i bezpiecznym ciele  to podstawa do szczęśliwego życia w wierze, zdrowiu i miłości.

Co dzieje się  kiedy zaczyna brakować nam równowagi?

Gdy w moim życiu codziennym brakuje duchowości, kontaktu z siłą stwórczą , moje życie staje się trudne, traci wartość , pojawiają się pytania, na które nie znam odpowiedzi, pojawia się poszukiwanie bezsensowności, niesprawiedliwości, głupoty we wszystkich niemal sferach życia. W takowych chwilach zaczyna brakować mi części napędowej i ochronnej co natychmiast skutkuje  zmianą myśli, podejścia i nastawienia. W jednej chwili życie staje się trudniejsze, każdy problem bardziej rani, urasta do rangi końca świata,  każde niepowodzenie wycofuje z działania a każda zła myśl tworzy całą historię uknutą przeciwko innym i  samej sobie. W ciężkich chwilach nie znajduje ni sensu, ni wytłumaczenia na zło wokół siebie, ba odczuwam ogromny brak wytłumaczenia wszystkiego tego, co dzieje się we mnie i wokół mnie. Jedynym wyjściem jest dla mnie przyjęcie postaci ochronnej buntowniczej. To wszystko dzieje się automatycznie  w chwili, gdy bez pamięci zapędzam się w pracę i  obowiązki . W skrajnym momencie przechodzę na tryb oszczędny z braku czasu i natłoku spraw – odcinam swoje potrzeby duchowe i zaczynam żyć życiem ziemskim do momentu, kiedy bieg w moim życiu zatrzymany jest nie przez chęć a przez ułomność ciała, zdrowia czy sytuacje i zdarzenia. Są momenty,  kiedy zapędziwszy się do miejsca gdzie nie ma drzwi i okien, szukając drogi wyjścia nie znajduje jej i zaczynam uderzać głową w mur. Przed chwilą idąc silnym , stanowczym, samodzielnym krokiem dochodzę do tego miejsca i widzę brak rozwiązań, możliwości, wówczas szukam odpowiedzi  gdzie?  No właśnie  szukam rozwiązania w Bogu w sile jaką mi daje. Choć przez chwil kilka radziłam sobie bez duchowego ojca to w chwili trudnej wracam do Niego z prośbą o kierownictwo, pomoc czy rozwiązanie. Czy to nie jest tak jak głosi starte przysłowie?

Jak trwoga to do Boga

Być może po części tak ale myślę, że powód takiego zachowania leży raczej po stronie pędu w jakim żyjemy, nacisków z zewnątrz i przymusu dopasowywania się do wymogów świata i środowiska. Momenty trudne natomiast są bodźcem  do zmiany spojrzenia i zrewidowania hierarchii wartości, które to gubimy po drodze. Czemu wówczas  wracamy do Boga? – zwyczajnie zaczyna nam brakować argumentów, środków, chęci, motywacji i siły. Pęd bowiem wyłączył w nas to, co włączone być powinno , poszukiwanie, chęć zmiany, Boże wartości, potrzeby ducha zamieniając to wszystko na mechaniczną walkę o byt. Nasz życiowy Matrix nie przewidział, że takie mechaniczne życie nie daje siły na walkę z przeciwnościami , nie daje nadziei na wyzdrowienie, nie uczy miłości, nie umie rozróżnić dobra od zła…..  to wszystko daje nam wiara pod warunkiem,  że jest nasza płynąca z samego środka. W chwili trudnej więc uciekamy się do  duchowości, bo jedynie ona daje ukojenie, buduje wewnętrzny spokój, zaufanie  i spowalnia bieg zmuszając nas do myślenia, zadawania pytań poszukiwaniu wartości, dróg wyjścia.

Co dzieje się kiedy w życiu duchowym brak jest codzienności?

Gdy w życiu duchowym natomiast brakuje życia codziennego to byt zamienia się w iluzje nie rzeczywistość, Zmienia się w coś co nie  ma prawa być prawdziwe, realne i uczciwe wobec tych, którzy zachować muszą duchowość w świecie  i zmaganiach z życiem codziennym.

Czemu wiara jest dla mnie Ważna?

Jak byłam małą dziewczynką moja wiara była wiarą moich rodziców. Co niedziela mama ubierała zaplatała warkoczyki i wysyłała do Kościoła. Takim odcięciem pępowiny stał się moment, kiedy mój Ojciec stanął w  fizycznym, realnym pomieszczeniu bez  wyjścia. Nie dane mu było wybłagać dla siebie odrobiny życia, nie dostał  szans na zmianę swojego postępowania, nie otrzymał zezwolenia na ostatnią rozmowę czy pożegnanie.  Jego życie skończyło się w momencie, kiedy zacząć się powinno. Nowy, własny, wymarzony dom wizja ludzkich warunków do życia, wizja szczęścia rodzinnego  i wreszcie upragniony spokój w swoich własnych czterech ścinach.  Niestety nagła śmierć  stanęła mu na drodze.   Miałam 15 lat i do końca nie rozumiałam czemu stała się taka tragedia i czemu to stało się właśnie  nam. Zostałyśmy same, bez pomocy, bez wsparcia. Pogrążona w bólu i poczuciu niesprawiedliwości i krzywdy  uciekłam w żal do Boga. Miałam pretensje, że zabrał mi ojca, moją wreszcie szczęśliwą i bezpieczną przyszłość, pozostawił strach, ból, pustkę , żal i poczucie winy. W kilka chwil zostałam fizyczną sierotą, straciłam fizycznego ojca. Nie zdążyłam się pożegnać i powiedzieć mu jak bardzo go kochałam jak bardzo był dla nas ważny i jak bardzo potrzebny. W jednej chwili moje życie zatoczyło krąg , stanęło na rozdrożu z napisem koniec i czekało na decyzję dotyczącą wyboru  dalszych dróg.  Wtedy rozwiązaniem nie był dla mnie Bóg, nie umiałam wówczas zrozumieć dlaczego dopuścił do takiej tragedii, pozwolił na tyle nieszczęścia, zwyczajnie się od nas odwracając. Nie rozumiałam wówczas że Bóg nie jest odpowiedzialny za to co dzieje się w moim życiu. Nie mam  prawa obarczać go winą za wszelkie niepowodzenia i nieszczęścia.

zapytasz:  cóż wtedy się stało? wielu ludzi traci  przecież bliskich.

To był dla mnie wyjątkowy okres życia, skoro nie miałam już ojca fizycznego zaczęłam szukać opiekuna drugiej tak bardzo istotnej sfery mojego życia.  Moja wiara zaczęła stawać się moja własną, zaczęłam ją tworzyć i modelować, szukać odpowiedzi, uczyć, czytać, dopasowywać. Pogłębiająca się systematycznie wiedza doprowadziła mnie do miejsca, dzięki któremu zrozumiałam,  że mój bunt jest bezpodstawny a  cala moja wartość  ukryta jest w mojej wierze, bo daje mi odpowiedzi, rozwiązania, uczy pokory i podejścia do drugiego człowieka a nawet   w co ciężko uwierzyć do siebie samej. Zrozumiałam, że cała moja siła jest w mocy łączącej mnie z duchowym ojcem. Dziś, kiedy przechodzę kolejne burze, wzloty, upadki  czuje się bezpieczna. Jakże byłabym nieszczęśliwa, pozostając w sieroctwie fizycznym i duchowym. Jak przetrwałabym chorobę? czy w ogóle bym ją przetrwała?

Czy można żyć bez wiary?

Pewnie tak ale ja bym nie potrafiła . Myślę, że kiedy jest nam lekko, kiedy nic złego się nie dzieje, kiedy nauczymy się nie zwracać uwagi na  zło tego świata, kiedy jesteśmy samowystarczalni, silni i zdrowi i odrobinę samolubni to życie bez duchowości i wiary jest możliwe. Ale gdy świat chłoniemy całym sobą, jesteśmy pełni empatii musimy mieć wiarę, by mieć wytłumaczenie na to co nas spotyka i na to co mijamy po drodze. Bez  wiary nie ma usprawiedliwienia i sensu szczególnie to, co złego dzieje się wokół nas. Popatrzmy gdy spotyka nas lub kogoś bliskiego coś zaskakującego,  bolesnego odruchowo mówimy „Jezu”  Czy żyjemy w wierze czy też nie to imię  pada jakby samo wypowiedzenie go w trwodze było pomocą i ratunkiem. Ludziom wierzącym więc łatwiej, bo wypowiedziane imię „Jezu” z wiarą daje im nadzieję na otwarcie się pomocnej siły duchowej, na wsparcie z jej strony, błogosławieństwo i ulgę w bólu. Ale co ma w takiej sytuacji zrobić osoba , która nie ma w sobie wiary? Do kogo się zwrócić? gdzie szukać pomocy jeśli ludzie zawiodą?

Wiara w chorobie

I to jest arcyciekawe – potwierdziłam wspomnianą wcześniej regułę. Moje pierwsze słowa po diagnozie brzmiały  ” o Jezu !!!!!!! „ Po wielkim buncie jaki opanował mnie na początku drogi samolubnie uchwyciłam się  przyjaźni jaką wcześniej zawarłam z moim duchowym Ojcem i na niego przerzuciłam część swoich trosk. Mechanicznie podzieliłam się smutkiem , bólem i strachem również z moimi najbliższymi. I dziś jestem pewna, że  właśnie dzięki temu podziałowi jestem, żyję , marzę i zmieniam swoje życie. Sama nie dźwignęłabym ciężaru nie ma takiej możliwości. Choroba jest silniejsza jeśli chory się poddaje a poddaje się wtedy jeśli brak mu wiary i sił do walki, kiedy brakuje osób z zasobem uczuć gotowych podzielić się ciepłem i nadzieją.   Dzięki obecności swoich bliskich i bliskości mojej wiary ani chwili nie byłam sama, ba w każdej chwili czułam opiekę, troskę  a na każdym kroku dostawałam w darze nadzieję. Tak bardzo wierzę, że tam gdzieś istnieje duchowa siła, która się mną opiekuje że w momencie kiedy coś dzieje się u mnie czy też u kogoś mi bliskiego zartobliwie choć z pelnym przekonaniem uspokajam:

„nie martw się wszystko będzie Ok  – mam tam na górze układy a jak wiadomo na układy nie ma rady”

Ja po prostu czuję, że ojciec duchowy jest przy mnie. Może to dziwne ale jestem tego pewna i na każdym kroku czuję tę siłę , mam wrażenie że samo moje chcenie, by był blisko przyciąga go do mnie i przyciąga wszystko to co potrzebne mi do rozwoju, wszystko to co daje mi siłę i wszystkich tych dobrych ludzi , od których się uczę i którzy są bodźcem do  jeszcze większego chcenia.

Wiara a pozytywne nastawienie.

Zastanówmy się czy  nastawienie do życia ma wpływ na naszą wiarę i czy wiara ma wpływ na nasze nastawienie? W moim przypadku działa to w obie strony równie silnie i konsekwentnie. Moje nastawienie do życia, nad którym ciężko pracuje bez wiary byłoby niczym , wiara   o którą modlę się każdego dnia bez pozytywnego myślenia  również nie miałaby podstaw do istnienia. Jedno pomaga drugiemu a drugie buduje to pierwsze. Wydaje mi się że nie umiałabym patrzeć na życie mimo mnóstwa trudności, traumatycznych wydarzeń, niesprawiedliwości, nieszczęścia gdyby nie wiara w to, że  wszystko co nas spotyka ma sens i jest po coś. Nie miałabym wiary w ideały w dobroć skrytą w ludziach…gdyby nie pozytywne myślenie. Jednego i drugiego w dzisiejszym świecie wiele potrzeba, gdyż wielkie braki powoduje świat, pieniądz, zależności i władza. Nie miałabym wiary w Boga, bo trudno zrozumieć i wytłumaczyć okrutny świat, choroby, śmierć, holokaust, zło, wykorzystywanie bo jak wytłumaczyć jego obojętność wobec tego plugastwa na ziemi. Tylko dzięki temu, że skrupulatnie łączę te dwie rzeczy mam własne wytłumaczenie  tego co dzieje się dziś z ludźmi tego co dla nas robi  a czego nie robi dla naszego dobra –  Bóg.

Wiara a  siły i chęci do zmian

Stojąc na brzegu przepięknego Bałtyku i patrząc w dal  nie zapewnimy sobie  przeprawy na drugi brzeg i być może przygody swojego życia lub wielkiej szansy na zmianę jego jakości. I choć stojąc na brzegu  w słońcu i cudownie chłodzącym wietrze mamy właściwie zajawkę prawidłowo rozpoczętej podróży, bo przecież spakowani zamknęliśmy drzwi mieszkania, wsiedliśmy do auta i przejechaliśmy te 400 km ale trzeba czegoś więcej, by móc podróż kontynuować i w konsekwencji dotrzeć do celu. Nie wystarczy, że tak bardzo zapragniemy zmiany tak bardzo jak niczego innego na świecie, nie wystarczy, że postanowimy i w głowie naszkicujemy dokładny plan, nie wystarczy, że zbierzemy wszystkie informacje ,dokumenty i mapy – trzeba jeszcze zmoczyć nogi w dosyć zimnych realiach naszych bałtyckich wód. To bardzo ważny moment albo wzdrygniemy się jego chłodem zamoczywszy w nim duży palec u  stopy i stwierdzimy, że to wystarczy albo, że boimy się chłodu i z jego przenikliwością nie wygramy  co w jednym i drugim przypadku kończy nasze staranie na poziomie „dalej niczego nie ma”- przecież próbowałem i nie wyszło, zwyczajnie nie dałem rady, a  tak w ogóle może jest mi  to zwyczajnie nie potrzebne i mogę zostać tam gdzie jestem, skoro tam się wychowałem wzrastałem i jestem jaki jestem –  Albo chłód wody ożywi nas tak bardzo, że zechcemy zamoczyć całe nogi,  by w konsekwencji dotrzeć do zacumowanego statku i nim popłynąć dalej w wyznaczonym kierunku choć po nieznanych i nowych dla siebie wodach.I tu myślę ogromne znaczenie ma wiara, która jest dla mnie łodzią. Jeśli nie mam wiary to zamoczywszy palec w wodzie stwierdzę,  że może jednak wystarczy posiedzieć na plaży i bezpiecznie wrócić do domu ale jeśli wiara jest w moim sercu to chłód nie przestraszy na tyle, by zawrócić z obranej drogi ale mimo strachu pozwoli iść dalej i chcieć więcej. W moim przypadku wizja łodzi to siła, moc napędowa. I choć nie umiem pływać , nie lubię zimna, nie czuję się również  wyjątkowo silna to  wizja łodzi tego bezpiecznego miejsca, z którym łatwiej pokonać żywioł  jest tą całą nadzieją i  siłą. Jeżeli wobec tego widzimy w oddali łódź mamy w sercu potwierdzenie większego bezpieczeństwa , większej ilości szans, obietnicę wsparcia to łatwiej wejść do zimnej, nieznanej wody ale jeśli stojąc na brzegu dostrzec łodzi nie możemy to musimy być bardzo silni, odporni, odważni, by pokonać odległość samotnie płynąć w pław.

Wiara a poczucie własnej wartości godności

Temat  niczym rzeka. Można tu opisywać mnóstwo przypadków, kiedy to wiara zagłusza wewnętrzne wołanie stłamszonej ludzkiej godności, deptanej w imię  małżeńskiego podporządkowania, kobiecej uległości, nakazów posłuszeństwa,  nierozrywalności więzów małżeńskich, czy „dźwigania  Chrystusowego krzyża” i zupełnie  nie ważnym staje się fakt, iż ofiara Chrystusa, który zapłacił za nas najwyższy okup była tą częścią wyzwalającą nas od  krzyża , ofiara jego życia była ceną za nasze spokojne i szczęśliwe  życie w wierze i poznaniu jego słowa. Można również wyliczać przypadki kiedy  to wiara jest motorem do walki i podwaliną poczucia godności i własnej wartości. Tak skrajne zdania wynikają z podejścia  do wiary i skrajnie różnej interpretacji słowa.

Jeszcze dziś  spotykam się ze stwierdzeniem ,  że skoro trzeba się męczyć w małżeństwie to trzeba to robić z pokorą, bo Bóg wybrał nam taką drogę i on to właśnie włożył nam na barki ten oto ciężki ale jakże słodki krzyż. Nie ważne  że współmałżonek/ ka  bije, pije, awanturuje czy znęca psychicznie ważne, że powiązani mają zostać powiązani na dobre i złe a w nagrodę czekać będzie szczęście w niebie. Nie,  nie o to tu chodzi . Bóg jest Bogiem miłości i w jego zamierzeniu było ojcowanie nam, napominanie czasem,  może krytyka ale  podstawą tego zamierzenia było szczęśliwe, zdrowe, życie tu na ziemi,  pełne radości, miłości, szacunku. Więc nie może być inaczej. Wiara buduje poczucie własnej wartości, podkreśla naszą ważność i wyjątkowość skoro Jezus przelał za nas swoją krew , skoro Bóg poświęcił syna – jak bardzo ważni jesteśmy i wyjątkowi. J ak bardzo powinniśmy więc dbać o swoje życie, o swoje zdrowie i szczęście, które tak cenne i okupione krwią. Każdy z nas dostał w darze serce, duszę rozum,każdy z nas dostał narzędzia, by wiedzieć więcej , każdy z nas dostał wolną wolę i wybór. Skoro dostaliśmy to nie po to jedynie, by mieć a z nich korzystać i skutecznie budować swoją wartość.

Czym dla Ciebie jest wiara?

Dodaj komentarz